RSS
czwartek, 06 listopada 2008

Odkąd pamiętam nigdy nie jadałam sama. Posiłek zawsze był chwilą, na którą czekało się z utęsknieniem. Nawet jesli mielismy jeść prostą zupę, zawsze jedliśmy ja razem. Ze śniadaniami bywało róznie - Tata wychodził przed szóstą rano do pracy, więc jadł z mamą. Ja jadałam śniadanie najcześciej z bratem lub z mamą , która specjalnie dla nas dzieliła swoje śniadanie a dwa razy. Obiad i kolację zawsze jadaliśmy razem. Później brat miał już stałą dziewczynę (jest 12 lat starszy ode mnie), wiec kolacje jadałam juz tylko z rodzicami. Samotne jedzenie ma dla mnie zatem wymair kary, jakiegoś przymusu - czuje się wypchnieta z Sacrum do profanum.

Obiad, zwłaszcza ten niedzielny i świąteczny był zawsze dla nas Spotkaniem. Telewizor był wyłaczany, ksiązki odkładane. Mama nalewała zupę z wazy (nadal to robi) - najpierw Tacie,potem Bratu, następnie mi, a na końcu sobie. Pamiętam, że jako malec strasznie się buntowałam: "Dlaczego mnie po G.?! (bratem)". Mama wtedy spokojnie mówiła, że jak będę starsza zrozumiem.

Rzeczywiście, pojęłam to. A może raczej poczułam, bo "czego nie wiesz, możesz odczuć"* .Kiedy byłam na tyle samodzielna, a moje ręce nabrały pewności, a ciało większej zgrabności niż małego słonika w składzie porcelany, to ja przejełam obowiązki przy wazie. Najpierw nalewałam Tacie, potem Mamie, Bratu a na końcu sobie. Nie pytałam nigdy dlaczego tak ma być. Kierowałam się intuicją. A ta mnie nie myliła.

Nie wiem, czy zupę nalewamy tak dlatego, że wypada nalewać ją wzgledem starszeństwa. Wolę mysleć o tym jako o pierwotnej cząstce rytuału, który został gdzieś w nas po naszych przodkach, mysliwych z czasów pierwotnych patriarchatów. Najpierw dostawał mięso Myśliwy, potem męzczyźni, potem Kobiety według zasług.

Jesli obiad składał się z drugiego dania, na które było mięso jego porcjowaniem zajmował się Tata. Dzielenie mięsa wygladało podobnie - tyle, że przypomina bardziej nie wspólnote plemienną, a poczatki istnienia rodziny jako jednostki społecznej. Najpierw dostaje mięso Głowa Rodziny i Małzonka, potem Pierworodny, pewnie gdybym miała jeszcze jednego barta, dostałby on a na końcu ja - dziewczę, co się wyda za mąż, wiec nie przekaże cennej Krwi i Nazwiska.

Przy posiłku rozmawialismy. O tym, co w pracy, co w szkole, co w domu. Gdzie bylismy, co robilismy. To Święty Czas. To Misterium. To Czas oderwany. Mityczny. Nie linearny a cykliczny.

Tak było za czasów mojego dziecięctwa i wieku młodzieńczego.  Tak jest Teraz. Tyle, że przy Stole-Ołtarzu w moim domu rodzinnym gromadzi się nas więcej. Zwłaszcza w Dni Świąteczne. Moi Rodzice, Mój Brat z zoną i dziećmi, Mój Mąż i ja.

Nadal zupę dostają najpierw męzczyźni według starszeństwa, potem Kobiety, a na końcu Dzieci. Mój starszy bratanek poczuł się ostatnio wyrózniony. Świadomie uczestniczył w Misterium Posiłku - dostał zupę z Męzczyznami, przed Kobietami i Dzieckiem. I pieczeń też wylądowała na jego talerzu, wtedy gdy powinna - jest Pierworodnym.

Mam najcudowniejszą Rodzinę na świecie.

21:43, malta_79
Link Komentarze (7) »
wtorek, 28 października 2008

Obchodziłam dziewiąte urodziny. Jak zwykle dostałam mnóstwo książek: "porwanie w Tiutiurlistanie", "szatana z siódmej klasy". kilka części "Pana Samochodzika...". Te ostatnie rzecz jasna były niodżałowanego Zbigniewa Nienackiego, a nie zadych podszywających sie pod niego! no, ale nie Pan samochodzik miał być tematem tej notki. Zatem, wśród wielu ksiażek, które dostałam tego pamiętnego dnia, znalazła się jedna, bardzo szczególna, autorstwa Barbary Winklerowej, zatytułowana: "Śmieszne, makaron rośnie!"

Jest to opowiastka dla dzieci o dzieciach, które oprócz przeżywania swoich dziecięcych problemów (często niebłahych!), uczą sie gotować. Myślę, że ta książka zasiała w mojej duszy ziarno ciekawości kulinarnej, choc przeciez nie unikałam pomagania mamie w obowiązkach domowych.

Do dziś z wypiekami na twarzy wspominam psa Burbaja, a na mojej twarzy wywołują usmiech słowa: "Ściera się chaja!" To przepisy z tej ksiązeczki wykorzystałam do swoich pierwszych wyczynów kulinarnych  - makaronu po mediolańsku, czy kryzysowej czekolady.

Kiedy wyprowadziłam się na swoje, bardzo długo nie mogłam znaleźć tej maleńkiej ksiażeczki. Do dziś. Dziś wzięłam ją do ręki ponownie. I znów przypomniałam sobie, o tajemnicyzm daniu, które muszę koniecznie zrobić -  o rosiacie.

18:51, malta_79
Link Komentarze (6) »
piątek, 17 października 2008

Mam już przecież kulinarnego bloga. Mam nawet blog, na którym zdarza mi sie opisywać rzeczywistość w mojej ulubionej formie - kilku krótkich zdań.  Wiec na co jeszce jeden?

Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Myślę, że to dlatego, że dla mnie kucharzenie, zaczyna sie gdzieś głęboko w duszy - jest pragnieniem. Potem te pragnienie wizualizuję i werbalizuję;  przechodzę do rytułału, czyli po prostu przygotowuję potrawę. Krótko mówiąc: czary. Pragnienie serca zmaterializowało się.

Byłabym jednak bardzo złą czarownicą, gdybym uprawiała czary wyłącznie dla siebie i swoich korzyści. ponieważ jednak mam się za dobrą czarownicę, staram się, by moja kuchnia zadowalała także innych. Rodzinę, Przyjaciół, Znajomych.

Chcę się dzielić moimi kulinariami. Nie tylko przepisem. Moją refleksją, odczuciami, które towarzyszą rytuałowi kucharzenia i celebracji posiłku. Chcę mówić o małych knajpkach i kawiarenkach, w których serwują dobre jedzenie, z dla od ludzkich oczu, a jednak zawsze pełnych, bo mających swoich stałych bywalców.

Chcę opowiedziec o moim procesie dojrzewania kucharskiego, o poszukiwaniu smaków i aromatów, o ksiażkach, co mi spędzały sny z oczu (Klub Picwicka. Zawsze chce jeść, kiedy go czytam) i o kulinarnych snach, zsyłanych mi czasem jak iluminacja.

O tym wszystkim, z czasem, będzie można tu przeczytać.

Zasmakuj w mojej Magii, Czytelniku...

Czarownica Malta

22:11, malta_79
Link Komentarze (19) »
Zakładki:
Czary w kuchni
UĹźyto Bloxie